Niesamowite zdjęcia bielików w powiecie puckim: jak powstają takie ujęcia? Z pamiętnika fotografa i miłośnika przyrody Rafała Kowalika

Magdalena Gębka-Scuffins
Magdalena Gębka-Scuffins
Rafał Kowalik / IG: fotonatrualnie
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Ptaki drapieżne to jedna z wielu dziedzin zainteresowań miłośnika natury i fotografa Rafała Kowalika. Zdjęcia, które wykonuje, pokazują piękno, urok i czar dzikiej przyrody. Lądujący bielik nie jest łatwy do uchwycenia, ale Rafałowi się udaje. Jak? Czy wystarczy wyjść na krótki spacer i cyknąć fotkę? Niestety, nie jest to takie proste.

Rafał Kowalik jest w miarę nowy w powiecie puckim - mieszka tu od około roku. Krótki czas spędzony na ziemi puckiej nie stanął mu jednak na przeszkodzie i Rafał niemalże natychmiast zakochał się w urokach, które skrywa powiat pucki.

Szybko też zaczął je wykorzystywać do rozwijania swoich pasji i zainteresowań, które możemy podziwiać na fotografiach jego autorstwa. Te można znaleźć w serii naszych artykułów oraz na Instagramie: fotonaturalnie.

Jak łatwo jest sfotografować dzikie zwierzęta? To wyzwanie wymagające poświecenia, skupienia i cierpliwości. Właśnie o tym opowiada fotograf z dużym zapleczem doświadczenia w tej dziedzinie. Kartka z pamiętnika Rafała Kowalika daje bardzo dobre wyobrażenie o tym, jak wygląda fotografowanie dzikiej przyrody w zimie. Zapraszamy do lektury.

Karta z pamiętnika Rafała Kowalika: Bieliki w powiecie puckim.

Zima, która w ostatnich latach niechętnie nas odwiedzała, w tym roku (2020 - dop. red.) łaskawie odwiedziła Puck, obsypała miasto śniegiem i lodowatym oddechem unieruchomiła wody zatoki. Dla mnie powód do zadowolenia, bo miałem szansę na zrobienie zdjęć dzikiej przyrody w zimowej scenerii. Takich ujęć miałem stanowczo za mało, więc była okazja, żeby to nadrobić.
Pobudka o trzeciej w nocy, wypijam kawę, starannie jeszcze raz sprawdzam spakowany sprzęt. Rzut oka na termometr, który wskazuje minus dwanaście stopni. Nakładam na siebie parę warstw ubrań, dodatkowa kawa w termosie do plecaka i wychodzę z domu. Mróz od razu wita mnie ukłuciem w twarz. O tej porze świat jeszcze spowija ciemność złagodzona zalegającym śniegiem. Po dotarciu do otwartej przestrzeni łąk zaczynam brnąć przez nawiane wiatrem zaspy sięgające powyżej wysokości kolan. Już nie czuję zimna, zaczyna być mi gorąco, plecak wyładowany sprzętem też swoje robi.
Docieram do miejsca przeznaczenia. Namiot - czatownię ledwo widać, dodatkowo przyprószony jest śniegiem. Chwila mocowania się z przymarzniętym zamkiem i jestem w środku. Zostało około godziny do świtu, pozostaje mi tylko czekać na brzask. Na zewnątrz panuje całkowita, niczym niezmącona cisza. Z czasem czerń nocy zaczyna przybierać odcienie szarości, znak zbliżającego się dnia.
Słyszę pierwszy głosy ptaków budzących się ze snu. Jednocześnie zaczynam odczuwać na własnej skórze niską temperaturę. Namiot chroni przed wiatrem i opadami, ale nie przed mrozem. Możliwości rozgrzania się niewielkie – łyk gorącej kawy z termosu i przekręcenie się na drugi bok w ciasnym schronieniu. Na szczęście pojawiają się pierwsi amatorzy padliny, co pozwala mi skoncentrować się na obserwacji wron i kruków, które głośnym krakaniem obwieszczają swoje przybycie.
Dzień budzi się powoli jakby niechętnie, niebo w większości zasnute jest chmurami, szanse na to, że słońce się przez nie przebije niewielkie. Nagle wśród ucztujących krukowatych niewielkie zamieszanie, niechętnie odrywają się od biesiadnego stołu.
Pojawił się pierwszy ze skrzydlatych drapieżników, myszołów. Jednak nie jest dane mu spokojnie skonsumować, ponieważ stado wron, kilkanaście sztuk, skutecznie mu w tym przeszkadza - co chwilę ciągnąc go za ogon. Straszenie natrętów rozpostartymi skrzydłami niewiele pomaga, więc zniecierpliwiony odlatuje.
Znowu w wizjerze aparatu zostają same krukowate. Mija godzina, potem druga i poza ucztującymi wronami wespół z kruczym towarzystwem niewiele się dzieje. Czasem wybucha wśród wron jakaś sprzeczka, kruki co chwila wznoszą się w powietrze głośno kracząc.
Coraz bardziej dotkliwie odczuwam panujące dookoła zimno, kawa niewiele pomaga, co chwila rozcieram zmarznięte dłonie, poruszam w butach palcami u stóp, żeby pobudzić krążenie.
W pewnym momencie pośród posilającego się czarnego bractwa zapanował wielki popłoch, momentalnie przed namiotem, na widowni robi się pusto, a ja będąc w środku - zamarłem. Takiego zamieszania nie spowoduje myszołów - to wiem na pewno, to musi być coś „większego kalibru”.
Łopot potężnych skrzydeł nad namiotem utwierdził mnie w tym przekonaniu. Spoglądam przez zamaskowane okienko namiotu i dostrzegam wielki cień przelatujący nad łąką. Czyżby..? Jeszcze nie jestem pewien, ale nadzieja wkrada się w moje serce. Słyszę, że zbliża się ponownie, rzut oka na zewnątrz, charakterystyczny ogromny, żółty dziob i biały ogon potwierdza, że jednak tak!
Przy trzecim nalocie wylądował z gracją kilkanaście metrów od padliny. Podniebny majestat, król przestworzy – bielik.
Przywieram do wizjera aparatu i widzę, jak się rozgląda dookoła, upewnia czy mu nic nie grozi, czy jest bezpiecznie.
Mija dobra chwila, zanim decyduję się na naciśnięcie migawki w aparacie. Bielik upewniwszy się, że jest bezpieczny, niezgrabnym chodem zbliża się do padliny. I nagle, nad łąką, pojawia się drugi ogromny cień, ostrym natarczywym głosem podrywając osobnika siedzącego na ziemi do lotu.
Odczuwam lekki zawód, no trudno, dzika przyroda jest nieprzewidywalna, tutaj nic nie da się zaplanować.
Jakby było mało, zaczyna prószyć śnieg. Z początku drobny, ale z każdą minutą przybierający na sile. I wtedy pojawia się drugi ogromny cień. Kolejny bielik, nie wierzę w to co widzę. Tym razem młody osobnik. Towarzyszy mu, z początku trochę nieśmiało, a potem już natarczywie, świta wron, które za nic mają sobie jego majestat, i raz po raz któraś żerującego drapieżnika ciągnie za ogon, próbując zniechęcić do posiłku tak, jak wcześniej zrobiły to z myszołowem. W tym wypadku jednak z mizernym skutkiem.
Mnie zaczyna martwić inna rzecz, mianowicie coraz gęściej padający śnieg i wzmagający się wiatr. Autofokus w aparacie zaczyna wariować, uniemożliwiając wykonanie zdjęcia. W pewnym momencie to już jest szalejąca śnieżyca, praktycznie biała ściana śniegu, nawet ucztujące towarzystwo zrezygnowało i odleciało dosłownie w białą dal. Do domu wracam przemarznięty do szpiku kości, ale zadowolony z uchwyconymi zimowymi kadrami dzikiej przyrody, zapisanymi na karcie aparatu i głową pełną niesamowitych wrażeń.

Chcesz też podzielić się swoimi fotkami z powiatu puckiego z nami i naszymi Czytelnikami? Prześlij je nam na maila ([email protected]) lub wyślij w wiadomości prywatnej na naszym fanpejdżu - kliknij w baner poniżej i przejdź na naszego Facebooka:

Mięsożerni mężczyźni bardziej szkodliwi

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie